Jeszcze trochę, a zacznę lubić codzienne podróże do pracy. Bo oto w biurze, które jeszcze niedawno było lodową pustynią, nagle jest miejsce na pogaduszki, uśmiech bez numeru, taki od serca. Nie żeby już na tym etapie do pomyślenia był, dajmy na to, firmowy basen, zakładowa drużyna siatkarska czy wspólne wyjście na piwo. Ale powoli przestajemy przypominać muzeum nakręcanych figur woskowych. Prostujemy kości grzbietu, obieramy się z wolna z blaszanych pancerzy. Ding dong. Jakie to proste i ważne.
Zamiast mordorskich skanów ekranów wre robota we własnym rytmie, która - niespodzianka? - daje te same, jeśli nie lepsze efekty, co wtedy, gdy jeszcze [...]. Spuszczam zasłonę milczenia na straszne wtedy i chory klimat, któremu na oko nikt świadomie nie zawinił, a wszystkim było niedobrze.
Odkąd [...], przestaliśmy patrzeć sobie na ręce, podnosimy wzrok, nie wahając się patrzeć prosto w oczy. I nagle okazuje się, że wokół są sami fajni ludzie, z którymi pewnego dnia można by pójść na basen albo na piwo. Miło się z nimi przywitać co dzień, pochichotać, posłuchać, co zaplanowali na popołudnie. I to urocze "idziesz może na papieroska?", i spontaniczne "mogę ci jakoś pomóc?", powrotny pociąg na tematy osobiste. Jak fajnie.
Jeszcze tylko trzeba oswoić szefową i przekonać ją, że to wszystko może mieć jeszcze ręce i nogi. A potem do dalszych usprawnień. Bo sama praca jest super, kochana i nie do podmienienia. Brakuje tylko paru puzzli, które może w końcu znajdą się pod dywanem. Jak marketing i zarządzanie, jak hodowane przez lata trujące rośliny dystansu na linii góra-dół. Kto wie, może z czasem uda się je wykosić.
-
c. iwona:
-
migu-migu:
Pokaż wszystkie (2) ›